- Mam już dosyć.
- Wiem.
Justin chodził po całym pomieszczeniu w jedną i drugą stronę.
- Nie chcę takiego życia!
- Wiem.
Scooter siedział wygodnie w fotelu. Takie zachowanie traktował jako "przejściowe humorki". Zazwyczaj mijały po jakieś godzinie.
- Wiem co zrobię.
- Co takiego? - zapytał dość obojętnie.
- Umrę.
- Słucham?! - Scooter popatrzył na Biebera oczami przestraszonej, małej dziewczynki. - Jesteś za młody na śmierć, Justin. Prześpij się. - powiedział wstając z fotela. - Dobrze ci to zrobi. - właśnie miał wychodzić, kiedy zobaczył jak chłopak myśli. Zatrzymał się patrząc na zrezygnowanego Justina.
- Upozoruję swoją śmierć. Pożyję sobie znowu jako normalny chłopak... a potem wrócę do swojego życia. Proszę, pozwól mi na to. Błagam...
- Skoro tego chcesz... porozmawiamy jutro. – powiedział po czym wyszedł z pomieszczenia zostawiając Biebera całkiem samego.
Justin chciał się przejść, jednak widział, że Kenny pilnuje jego domu. Wiedział, że w nocy go nigdzie samego nie wypuści. Resztkami sił wyszedł przez okno.
Na dworze było dość ciepło. Wcześniej padał deszcz, więc teraz czuł tą cudowną woń, którą zawsze uwielbiał.
Stuk. Stuk. Usłyszał zza pleców.
„Kenny tu idzie! No to już po mnie...” – pomyślał.
Wiedział, że teraz będzie miał problemy u Scootera.
„Co robić?! Co robić?! Wiem! Do garażu po samochód!” – rzucił się do biegu. Po niecałej minucie siedział już w swoim samochodzie. Odpalił.
Stuk, stuk.
Nacisnął przycisk pilota do automatycznej bramy.
Stuk, stuk.
Wyjechał.
Stuk, stuk.
Ponownie nacisnął przycisk do bramy.
Stuk, stuk.
Zobaczył Kennego.
Justin relaksował się w swoim samochodzie mijając kolejne mokre od deszczu i szare od światła księżyca ulice.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz