piątek, 31 maja 2013

Część trzecia.

- Lena! Wstawaj! Idziemy do szkoły!
Dziewczyna wsunęła na swoje nogi jakieś skarpetki, wzięła szybko ubrania z fotela i pobiegła do łazienki. Po pięciu minutach stała już przed swoją najlepszą przyjaciółką w nowych rurkach, butach SUPRA i bluzce z Justinem Bieberem.
- Mówią o waszym Justinie w telewizji! – usłyszały z salonu.
Szybkim krokiem pobiegła z przyjaciółką przed telewizor.
- Wczoraj w nocy Justin Bieber umarł! – usłyszały. 
- Ha, ha, ha... ta jasne. – zaczęły tarzać się po podłodze.
- A co o tym wszystkim sądzi Scooter? – zapytał jeden z prowadzących program.
- Nadal w to nie wierzę... – Scooter otarł łzy. – Wczoraj... jezu. Justin Bieber nie żyje... – rozpłakał się.
- Czyli to prawda?... – zapytała Lena swojej przyjaciółki.
Obie zaczęły płakać, przytulają się do siebie.
- Nie wierzę.

Justin... a raczej Oscar właśnie wychodził do szkoły z hotelu, w którym spał. W sumie spał tylko jakąś nie całą godzinę, ale zawsze to coś...
Właśnie zastanawiał się nad swoim nowych charakterem. W końcu nie może zachowywać się tak jak on, bo się domyślą. Jego wybór padł na „chamskiego, sukowatego, niedostępnego chłopaka, który ma wszystkich w dupie, pali papierosy i przeklina”. Tylko ta opcja była jego odwrotem charakteru. Tak na pewno się nie domyślą.
Wyglądał dziś dobrze, jak na zmęczonego, niewyspanego człowieka, który leciał całą noc samolotem. Miał na sobie czarne rurki i czarne trampki. Na głowie rozczochrane włosy i grzywkę zasłaniającą oczy, twarz pokryta była makijażem, dzięki któremu wyglądał jak ktoś zupełnie inny niż Justin Bieber, bluzkę miał luźną z napisem „Die bitch” a do tego wszystkiego granatową kurtkę ze skóry.
Nie zdawał sobie nawet sprawy z tego, że dzięki dużej sumie pieniędzy tak szybko można załatwić, tak trudne sprawy. Miał już dom, książki do szkoły, ubrania, nowy telefon i numer, a nawet przekupił dyrektora, żeby zapisać się do szkoły pod koniec roku i to z dobrymi ocenami w dzienniku.
- Wyglądasz jak pedał. – powiedział jakiś chłopak, kiedy Justin wchodził do szkoły. Przypomniał sobie o swoim nowym charakterze.
- Ssij pałę, jebana dziwko.
- Jestem chłopakiem. – zaśmiał się chłopak.
- Chłopak powinien mieć fiuta w spodniach a nie w ustach.
- Zaraz dostaniesz wpierdol. – zmarszczył brwi. Wtedy Justin zdał sobie sprawę, że Kennego już przy nim nie ma.
- Dostanę wpierdol za to, że widziałem cię wczoraj jak robiłeś loda jakiemuś typowi? Pierdol się męska dziwko.

Lena i Karolina płakały całą drogę do szkoły. Przed wejściem usłyszały kłótnię „Twardego” z jakimś nowym. Nie zwróciły na to uwagi, on zawsze się z kimś kłócił. Weszły do szkoły, wytarły łzy, poprawiły makijaż i ruszyły na lekcje.
Właśnie zadzwonił dzwonek. Karolina zauważyła jak „nowy” zaczyna palić przed wejściem do klasy. Obie nie mogły w to uwierzyć. Kiedy one żuły raz gumę na lekcji to prawie wylądowały u dyrektora. A on palił i nikt mu nic nie robił.
- Możesz palić tutaj? W szkole?! – zapytała Lena podchodząc do „nowego”.

Oscar przyglądał się właśnie dziewczynie, która była jego fanką, albo i nawet Belieber i do tego nie miała w ogóle pojęcia o tym, że rozmawia ze swoim idolem. Przez to zaczął uśmiechać się sam do siebie.
- Nikt nie powiedział, że mogę. – odpowiedział robiąc ironiczny uśmiech.
Widział jak dwie dziewczyny patrzą na siebie niezrozumiałym wzrokiem. Ta sytuacja była dla niego niezręczna więc wszedł do klasy, wyrzucił papierosa, siadł na jakieś pierwsze lepsze miejsce, rozłożył książki i czekał aż nauczycielka zacznie mówić.

- Jakiś on dziwny. – powiedziała Lena obejmując przyjaciółkę.
- Patrz. Siadł na miejsce Twardego. Będzie kłótnia. – uśmiechnęła się.
- Stracimy lekcje. – powiedziała dumnym głosem.  

Część druga.

„Kocham zapach mokrej trawy, ale jeszcze bardziej zapach mojego samochodu...” – pomyślał Justin skręcając w boczną, jednokierunkową uliczkę.
Włączył radio, akurat trafił na swoją piosenkę „baby”.
- Jeszcze to puszczają?! Super! Baby, baby, baby oooo! Ha, ha. – spojrzał w boczne lusterko.
Latarnie na tej ulicy nie świeciły, Bieber nawet nie widział, żeby jakieś były w pobliżu. Nagle zobaczył z przodu światła innego samochodu. Chciał skręcić, ale nie miał gdzie. Po prawej stronie był rów a po lewej drzewa. Dało się słyszeć pisk opon i krzyk Justina. A później... widać było tylko samochód Biebera w rowie, a ten drugi na jednym z drzew.
Justin powoli otworzył drzwi samochodu i wypadł na mokrą trawę. Zobaczył nad sobą rysy jakiejś postaci.
- Nic ci nie jest, stary? – odezwała się postać nad nim. – Ja pierdole... ty jesteś Justin Bieber. Kurwa. Potrąciłem Biebera! Trafię do więzienia! Zabiją mnie za to! A Beliebers... powieszą po śmierci!
- Nie panikuj. Moja rodzina Beliebers nigdy by tego nie zrobiła. Pomożesz mi wstać? – powiedział wyciągając do niego rękę.
- Jasne... – mężczyzną podał dłoń Justinowi.
Stali przez chwilę w milczeniu. Bieber rozcierał prawą ręką swój kark a mężczyzna tylko patrzył.

- A więc chcesz upozorować teraz swoją śmierć? I wyjechać za granicę? – dopytywał się Paul. – A ja wyjdę na osobę, która zabiła Justina Biebera. Nie podoba mi się to.
- Nie wyjdziesz na osobę, która mnie zabiła. Nagramy jakiś filmik, w którym sam wpadam do rowu a samochód mnie przygniata. Proste. W wywiadach będziesz mówił, że wpadłem w poślizg... powiesz też, że na całej ulicy rozlany był jakiś... tłuszcz? Nie wiem, coś wymyślisz i miałeś kamerkę samochodową. Stąd ten film... – Justin wzruszył ramionami patrząc na zdziwioną twarz Paula. – Będzie dobrze. Powiesz, że chciałeś wysiąść z samochodu, ale również wjechałeś na ten... tłuszcz? Wiesz o co mi chodzi. – powiedział szczerząc zęby.
- To szaleństwo. – odpowiedział zrezygnowany mężczyzna.

Godzinę później policja, która przyjechała na miejsce wypadku Justina, oglądała filmik jak Bieber umiera. Oczywiście wiedzieli o tych zamiar, wszystko im wytłumaczono. Mieli udawać przed wszystkimi, że Justin Drew Bieber umarł na miejscu zdarzenia. Paul wytłumaczył również, że „nieżyjący” chłopak już wynajął osobę podobną do niego. Zadaniem jej było tylko udawać trupa, a w dzień pogrzebu po zakopaniu, Paul miał go odkopać i tyle.
Zadowolony z siebie Justin, wrócił na chwilę do domu po kartę do bankomatu, portfel i telefon.
Stanął przed lustrem w łazience. Kosmetykami swojej mamy (które miał jej dać na zbliżające się urodziny) zmienił dużo w swoim wyglądzie. Obciął włosy tak, żeby grzywka zakrywała mu oczy. Zmienił ubranie, na takie, w którym nie chodził od lat. Wyszedł z łazienki dumnym krokiem, zadowolony z tego co właśnie zrobił i z tego co zrobi w niedalekiej przyszłości. Wysłał tylko kilka SMS’ów. Do swojej mamy, Scootera, Kennego, który zapewne spał już w salonie, do przyjaciół z Canady i dziadków. Wszystko wyjaśnił, nie czekał na odpowiedzi tylko wyszedł z domu.
Na lotnisku dostał od zaufanej osoby nowe dokumenty, które mówiły o tym, że nazywa się Oscar Barley i ma dziewiętnaście lat.
Samolot do Polski właśnie wznosił się w powietrze, kiedy Justin wysłał ostatniego SMS’a do Seleny.
„Przykro mi, ale to koniec. Wyjeżdżam do innego kraju. Nawet mnie nie szukaj. Upozorowałem swoją własną śmierć. Chore, prawda? Tak, wiem... mogę ci tylko powiedzieć, że teraz jestem Oscar, haha. Swag. Może kiedyś wrócę...” – wysłano. Godz. 23:56.

czwartek, 30 maja 2013

Część pierwsza.

- Mam już dosyć.
- Wiem.
Justin chodził po całym pomieszczeniu w jedną i drugą stronę.
- Nie chcę takiego życia!
- Wiem.
Scooter siedział wygodnie w fotelu. Takie zachowanie traktował jako "przejściowe humorki". Zazwyczaj mijały po jakieś godzinie.
- Wiem co zrobię.
- Co takiego? - zapytał dość obojętnie.
- Umrę.
- Słucham?! - Scooter popatrzył na Biebera oczami przestraszonej, małej dziewczynki. - Jesteś za młody na śmierć, Justin. Prześpij się. - powiedział wstając z fotela. - Dobrze ci to zrobi. -  właśnie miał wychodzić, kiedy zobaczył jak chłopak myśli. Zatrzymał się patrząc na zrezygnowanego Justina.
- Upozoruję swoją śmierć. Pożyję sobie znowu jako normalny chłopak... a potem wrócę do swojego życia. Proszę, pozwól mi na to. Błagam...
- Skoro tego chcesz... porozmawiamy jutro. – powiedział po czym wyszedł z pomieszczenia zostawiając Biebera całkiem samego.
Justin chciał się przejść, jednak widział, że Kenny pilnuje jego domu. Wiedział, że w nocy go nigdzie samego nie wypuści. Resztkami sił wyszedł przez okno.
Na dworze było dość ciepło. Wcześniej padał deszcz, więc teraz czuł tą cudowną woń, którą zawsze uwielbiał.
Stuk. Stuk. Usłyszał zza pleców.
„Kenny tu idzie! No to już po mnie...” – pomyślał.
Wiedział, że teraz będzie miał problemy u Scootera.
„Co robić?! Co robić?! Wiem! Do garażu po samochód!” – rzucił się do biegu. Po niecałej minucie siedział już w swoim samochodzie. Odpalił.
Stuk, stuk.
Nacisnął przycisk pilota do automatycznej bramy.
Stuk, stuk.
Wyjechał.
Stuk, stuk.
Ponownie nacisnął przycisk do bramy.
Stuk, stuk.
Zobaczył Kennego.
Justin relaksował się w swoim samochodzie mijając kolejne mokre od deszczu i szare od światła księżyca ulice.